Właśnie deszcz przestał padac. Słychac było jedynie kilkukrotne stukanie kropelek wody również spływających po szybach okien dużego i pięknego domu. Louisowi bardzo odpowiada taka pogoda. Zawsze przy otwartym oknie (którego nie ma w zwyczaju nigdy zamykac) może poczuc świeży (jeden z ulubionych) zapach. Tak było i tym razem... Siedząc na parapecie, wpatrując się w każde ostatnie kropelki deszczu, spadające z nieba - po prostu rozmyślał. Wyłączył się. Chwilowo - niedostępny. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi, który nieco wytrącił go z równowagi. Chłopak nałożył na stopy ciemne, skórzane kapcie i pomaszerował schodami w dół. Ku jego zdziwieniu w drzwiach stała Jay.
- Mama? - zaraz namalował się uśmiech na twarzy chłopca.
- Mama, synku. - Louis prędko przytulił Jay i nie puszczał jej przez dobre pół minuty.
- Wejdź...zaraz zrobię herbatę. Ogrzejesz się, bo ręce masz naprawdę zimne. - Kobieta weszła do salonu rozglądając się dookoła i podziwiając piękne wnętrze (pomimo, iż nieraz już gościła w tym domu).
- Co u ciebie mamo? - wołał 23 - latek z kuchni.
- Chodź tu do mnie. Tak się za tobą stęskniłam. - Louis zagotował wodę i wrócił do mamy.
- Przepraszam za lekki nieład, ale nie mam czasu zrobic porządku.
- Nie widziałam cię tyle czasu, a ty pierwsze co, to tłumaczysz mi się z bałaganu? Opowiadaj. Co u ciebie. Jak mija ci rzeczywistośc?
- Dobrze. Za niedługo znowu będziemy grac koncerty...
- Jesteś zmęczony?
- Trochę tak...ale to najlepsza praca i pasja zarazem, jakie mogły mi się kiedykolwiek trafic. Ale powiedz tak szczerze mamo. Coś chyba musiało cie tu sprowadzic, prawda?
- Tęsknota za moich kochanym synem...
- Mamo...widzę w twoich oczach jakiś niepokój. Co się stało?
- Sam przyznasz, że teraz dużo mówi się o tym, że zostaniesz ojcem...Ta Briana...
Czy ty w ogóle coś do niej czujesz?
- Cieszę się, że urodzi moje dziecko...
- Cieszyc się - to jedno. A stworzyc mu dom i rodzinę - to drugie. Zastanów się. Chcesz wiązac z nią swoją przyszłośc?
- Jest moją przyjaciółką.
- Powiedz mi tylko. Kochasz ją? - Louis spojrzał w sufit. Zamknął oczy i westchnął głośno.- Chyba nie za bardzo, hmmm? - Lou spojrzał na matkę, ale nic nie powiedział. - Kochanie. Chcę żebyś był szczęśliwy. Nie wiem tylko czy ona ci to szczęście da.
- Ona może nie... - czajnik zaczął głośno gwizdac. Louis wstał i poszedł do kuchni zrobic herbatę. Jay tylko siedziała i uśmiechała się. Kiedy chłopak wrócił z dwoma kubkami gorącego napoju, położył je i z powrotem usiadł na kanapie.
- Kim ona jest?
- Kto?
- Ta, która może dac ci szczęście.
- Ale... - Jay natychmiast przerwała...
- Wiem, że wyraźnie ktoś inny ci się podoba. Powiesz mi kto to? Chociaż imię?
- To nie jest takie proste. Musze to sobie wszystko poukładac...przepraszam.
- Rozumiem...jak będziesz gotowy. Wiedz tylko, że miłości trzeba czasem pomóc. Sama... do ciebie nigdy nie przyjdzie.
- Wiem, mamo :) - oboje wzięli łyk ciepłej herbaty, a za oknem (deszcz już zupełnie ustał) - pojawiła się wspaniała, kolorowa tęcza.
świetny styl pisania, na maxa się wciągnęłam, czekam na dalszy rozwój twojej twórczości ;)
OdpowiedzUsuńDziękuję ;) mnie twój blog rowniez zaciekawil :*
UsuńWspanialy rozdzial podoba mi sie twoj styl pisania skarbie :*
OdpowiedzUsuńKC ♥♥♥
UsuńOch Klaro jesteś wspaniała!!!
OdpowiedzUsuńNigdy nie czytałam czegoś lepszego!!! Kiedy następna część?!?! Nie mg się doczekać.
Powinnaś wysłać swoje prace do jakiejś gazety. Na pewno by je przyjeli♡♥♡
Trzymam kciuki i ściskam Mery
Wyczuwam tę ironię -,- XD ♥
UsuńTo jest ciekawsze od mojego kibla. Pisz dalej. Pozdrawiam :) :) :)
OdpowiedzUsuń